piątek, 5 października 2007

XXX

Kolesie od rur tradycyjnie juz dali wczoraj plame, przyjechali z niesprawnym generatorem. Godzinka zeszla na probie uruchomienia, potem kolejna zanim dowieziono nasz generator, potem byl obiad i przez to wszystko robote skonczylismy po 19. Po powrocie z takiej szychty uczciwy robotnik wyjmuje szesciopak piwa, zapuszcza na widele jakies xxx, jako substytuty kolacji i zycia rodzinnego, na ktore to rzeczy w ich pelnej wersji nie ma juz sily. Piwa w domu nie mialem, wyslalem zone do tesciow po jedno, po xxx nawet nie bylo dokad posylac, musial mi wystarczyc program o samolotach na History Channel. I wystarczyl, po pol godzinie sam bylem samolotem, a moze supermenem, w innej, lepszej rzeczywistosci. Robotnicze zycie.
Przed chwila zatrzymali nas nad gorskim potokiem uzbrojeni po zeby karabinierzy. Pol godziny sprawdzali przez radio moje prawko. W koncu pozwolili nam jechac. Jaki z tego moral? Zaden, absolutnie zaden.

czwartek, 4 października 2007

Deszcz na horyzoncie

Deszcz na horyzoncie. Jest szansa. Mam propozycje pracy na stacji benzynowej. Sam nie wiem. Moze mialbym wiecej czasu na szukanie normalnej roboty. Tymczasem snilo mi sie dzisiaj, ze zaczynalem gdzies prace pielegniarza. W tej chwili nie pogardzilbym robota listonosza - caly dzien smigasz po wsi na motorze, posada panstwowa, jak juz ja masz, to ci jej nikt nie zabierze. Ale nie, ja powinienem sie jednak sprezyc i znalezc te jedna wlasciwa. Polsrodki nigdzie nie prowadza. Mozliwe, ze wezme te benzyne, bo w czasie przerwy obiadowej moglbym rozsylac oferty.
Jestesmy juz w polowie drogi, pokrywa chmur coraz lzejsza, deszcz sie oddala. Moze i lepiej, dzis spawamy rury, tylko zdecydowana ulewa moglaby nas przegonic.

środa, 3 października 2007

Inemuri

I znow przetrwalem do piatej, dzieki wewnetrznej hibernacji, ktorej ostatnio stalem sie mistrzem. Codziennie staram sie przesunac ten moment dnia, kiedy w ogole zdaje sobie sprawe, ze jestem w pracy. Tak samo jak w japonskiej sztuce Inemuri, najwazniejsze, by w odpowiednim momencie sie obudzic.
Ech, w Lekkiej Kolejce Doklandzkiej to sie dopiero przysypialo... Albo w autobusie N50. Jechal ktos z was kiedy autobusem N50 z Trafalgar Square na Beckton o trzeciej w nocy? Na gornym pokladzie impreza, ludzie czestuja sie browarami, ja jakims cudem mam dwie torby kanapek z Preta, w tym trzy zestawy sushi, ludzie sie czestuja, co chwila ktos przysypia, ale wszyscy juz zdazyli powiedziec sobie gdzie kto wysiada, kto na Waterloo Circus, a kto na Westferry, wiec co chwila blyska czerwone swiatelko BUS STOPPING i wrzeszcza OY MAN, THAT'S YOUR STOP, MAN. I tamten zrywa sie z nieprzytomnym wzrokiem, porywa ogromny plecak, jaki wszyscy przysypiajacy w nocnych autobusach zawsze przy sobie maja i z wielkim hukiem zbiega po schodach, moze nawet lamiac kark na dole, nie wiem, nigdy nie chcialo mi sie sprawdzac.

Jedenasta

Jedenasta. Pelne zaskoczenie.

Nowe rekawice

Zapach brezentu, zwinietego na zime w garazu.

poniedziałek, 1 października 2007

Zgadzam sie

Juz dziesiata. I slusznie, ze dziesiata.

Pozytywny poniedzialkowy poranek

Pozytywny poranek, a przeciez moglby taki nie byc. Wstalem o 6 i zrobilem 150 brzuszkow w 3 seriach po 50 (jak zaczynalem, to seria 20 mnie zabijala).
Portfolio zaczyna jakos wygladac, moze nie zdobedzie webesteem award, ale tez chyba nie kluje w oczy. Niedlugo premiera.
Pogoda jak na poniedzialek niedobra, czyli slonecznie i brak nadziei na deszcz. Ale wytrzymam. Zreszta co innego mam zrobic. Dostalem propozycje pracy w pizzerii. To moze lepiej od razu jechac do Sierra Leone do kopalni diamentow. Albo w UK z Chinczykami zbierac slimaki morskie na plazy.
Klara ma juz prawie 5 kilo, to zasluga cudownego unyta, zakupionego za 45 euro, podajacego sztuczny pokarm z piersi. I skonczyly sie codzienne tortury z butelka, Klara jest pogodna i rozesmiana.
Moje notki stracily swoj poetycki charakter, ale droga w gory dluga, bosniacy przeklinaja, rzuca mna po kabinie, trudno sie skupic. Nastroj nie ten.
Waham sie w sprawie wyborow, ciagnie mnie bardzo, by zaglosowac na Korwina, ale ten Giertych... Spac mi to nie daje. Serio.